Pod koniec lat 30. XX wieku, kiedy Andrzej Bobola został już ogłoszony świętym, a jego relikwie spoczęły w Warszawie, powstał pomysł nakręcenia filmu o tym męczenniku. Miała to być – mówiąc dzisiejszym językiem – superprodukcja. Planowano zaangażować ówczesne gwiazdy – w świętego miał się wcielić Kazimierz Junosza-Stępowski, ks. Piotra Skargę miał zagrać Ludwik Solski, a Gustaw Buszyński miał być królem Zygmuntem III Wazą. Prasa z sierpniu 1939 r. zapowiadała dzieło jako wielki film historyczny.
Wielka szkoda, że takie dzieło nie powstało ani wtedy, ani nigdy później.
Pomysł wyszedł od jezuitów. Zarys scenariusza przygotował o. Józef Warszawski. Później pałeczkę przejął znany poeta Konstanty Ildefons Gałczyński. Niestety, efekt jego pracy nie spodobał się zakonnikom – jak wspominała w 2015 r. córka poety Kira Gałczyńska w wywiadzie dla portalu WP Książki; a przede wszystkim nie znalazł uznania w oczach kierownictwa studia filmowego Polskiej Agencji Telegraficznej, która miało kręcić film. Związane z obozem narodowym pismo „Prosto z Mostu” (Gałczyński był jego publicystą) w styczniu 1939 r. tak komentowało tę sprawę nie przebierając w słowach:
„Gałczyński, częściowo opierając się na scenariuszu o. Warszawskiego (…), częściowo zaś idąc po własnej drodze poetyckiej wizji, stworzył szkic nowego scenariusza, który nie wahamy się nazwać rewelacją; na wskroś oryginalne, owiane duchem poezji ujęcie scenariusza otworzyłoby po prostu przed polską kinematografią nowe możliwości artystyczne (...) Rutyniści z PAT-a prawdopodobnie nie odczuli i nie zrozumieli tego wszystkiego, zbyt są przeżarci szablonem (…). Myślimy, że w katolickim społeczeństwie powinny się znaleźć środki na zrealizowanie pierwszego prawdziwego filmu religijnego i pierwszego prawdziwego filmu artystycznego”.
Gazeta opublikowała obszerne fragmenty scenariusza Gałczyńskiego. Ten utwór trudno znaleźć w zbiorach dzieł autora Teatrzyku Zielona Gęś i Pieśni o Żołnierzach z Westerplatte . Trzeba przyznać, że tekst jest ciekawy i bardzo oryginalny. Znalazły się w nim sceny realistyczne, ale też oniryczne i symboliczne. Widać tu charakterystyczny styl Gałczyńskiego, który jednak, o dziwo, nie kłóci się z pobożnym i poważnym tematem. W jednej z pierwszych scen pojawia się na przykład dworek Bobolów, a w nim krewni Andrzeja śpiący pod pierzynami („Twarze krewnych zadowolone i niemądre”) i postacie symbolizujące polskie wady narodowe: pijaństwo, obżarstwo, pychę. Filmowa opowieść miałaby się zaczynać i kończyć we współczesnej Warszawie.
Na końcu została umieszczona scena ulicznej awantury, w której wygrażają sobie nawzajem dwie grupy ludzi – jadących tramwajem i stojących na chodniku. Wśród tego zamętu pojawia się Andrzej Bobola. Wznosi ręce, a wtedy tłum się ucisza, a na piersiach zgromadzonych pojawiają się krzyże. Bezładne zbiegowisko ustawia się w żołnierskim szyku i rusza w obranym celu. Gałczyński najwyraźniej zawarł tu diagnozę największych bolączek ówczesnej Polski, a nawet wskazał lekarstwo. Później prace nad filmem przejęło Polskie Towarzystwo Filmowe „Kohorta”. Tym razem wstępny szkic o. Warszawskiego wziął na warsztat pisarz Adam Grzymała-Siedlecki. Fragmenty opublikował w maju 1939 roku jezuicki „Przegląd Powszechny”, dodając w notce redakcyjnej, że przedsięwzięcie „przechodziło różne koleje, by obecnie zarysować się jako sprawa niedalekiej już przyszłości, o ile oczywiście nie zajdą jakieś nowe, nieprzewidziane przeszkody”.
Niestety, przeszkody zaszły, bo kilka miesięcy później na Polskę napadły Niemcy i Związek Sowiecki.
Do dzisiaj nie powstał żaden film o świętym Andrzeju Boboli. Jest kilka filmów dokumentalnych, niekiedy z fragmentami fabularyzowanymi (np. „Duszochwat” i „Terrorysta od Pana Boga – Św. Andrzej Bobola” w reżyserii Krzysztofa Żurowskiego oraz w reżyserii Krzysztofa Żurowskiego, „Niezłomny patron Polski” Edyty Szostek), ale brakuje filmu pełnometrażowego lub serialu. Może teraz wreszcie nadeszła pora na superprodukcję?
Jedno jest pewne – dzieje świętego Andrzeja, te za życia i te po śmierci, dostarczają aż nadto materiału na scenariusz.

